[RECENZJA] Lament Zombie
Jaki jest zombie, każdy widzi. Pełźnie to powoli ulicą, gubiąc czasem to palec, to nos, śmierdzi niemożebnie i wygląda paskudnie, jak przystało na rozkładające się zwłoki. Podejść się nie da, bo łapy wyciągnie i spróbuje kiszki wyżreć, a jak się uda to i na kawałki rozerwać, a inteligencji u niego tyle, co w uschniętej paprotce. Taka jest prawda. A właściwie była.

Nie powiem, żebym był szczególnie pozytywnie nastawiony do idei literackiego mash-up. Kiedy dotarła do mnie wieść o przedsięwzięciu zatytułowanym Duma i uprzedzenie i zombie zareagowałem na fakt ten śmiechem. Bo jakże inaczej skwitować pomysł, aby do cudzej powieści wrzucić zastępy żywych trupów? Żart, fraszka, fanaberia w najlepszym razie. Z drugiej strony, jakaż to pokusa, aby zagrać sławnemu autorowi nieco na nosie, zabawić się z czytelnikami, nieco poeksperymentować na tworzywie literackim. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z tak soczystym trupem jak Przedwiośnie Żeromskiego…
Mody i trendy to dziwna rzecz. Przypominają trochę pasożyta: upatrują sobie ofiarę, najczęściej zupełnie niewinną i nieświadomą, lecz mającą już pewne doświadczenie życiowe, następnie dopadają ją i promują mniej lub bardziej nachalnie, zapraszając czasem do zabawy speców od marketingu. Niepozorne przedmioty urastają do rangi hitów, a artystyczne dziwadła stają się wstrząsającymi dziełami. Trwa to sobie chwilę, mody spijają soki z nieszczęśnika, a po pewnym czasie zostawiają go na pewną śmierć i przenoszą się na następnego. Tak było na przykład z wampirami. Obecne w popkulturze od setek lat, nagle stały się gorącym towarem. W sumie nie ma się nawet co dziwić – motyw nieśmiertelności, wiecznej samotności, pożądania nieumarłego kochanka, zakazanej miłości – idealny materiał dla wiecznie spragnionych kasy twórców literatury i filmu, którzy jakoś bokiem puszczają uwagi, że to, co z taką emfazą wypisują, to w sumie nekrofilia… Mimo wszystko jest to jeszcze zrozumiałe.
Mimo tego, że szwędacze chętnie biorą udział w produkcjach filmowych, cieszą się również dużą popularnością u pisarzy, którzy chętnie wykorzystują ich wizerunek w powieściach fantastycznych, trzymających w napięciu i tym nie podobnym. Zaczniemy zgłębiać, co moze się wydać zbyt dosłowne, literaturę gdzie nasi pachnący ulubieńcy partycypowali.
R nie ma imienia, wspomnień, pulsu. Wraz z innymi zombie zamieszkuje opuszczone lotnisko. Żadne z nich nie pamięta, jaka katastrofa zamieniła świat w przerażające i puste miejsce, a ich – w chodzących Martwych. Żeby podtrzymać swoją egzystencję, muszą polować na Żywych, ukrywających się w opuszczonym mieście.
-Senne miasteczko Corpus Christi nie podzieliło losu pobliskiego Bedford zniszczonego katastrofą ekologiczną. Ale wszystko się zmienia, kiedy młoda nauczycielka zabiera dzieci na wycieczkę do Bedford. Tam, w odludnym lesie, pewien chłopiec uwalnia starożytną grozę - przerażającą zarazę, która zmienia swoje ofiary w coś strasznego, głodnego... i nieludzkiego. Nadciąga długa ciemna noc. Zarażeni wychodzą na żer i nic nie powstrzyma zła, póki nie pochłonie ostatniej żywej duszy w Corpus Christi... i sięgnie dalej.
Czarownica Rachel Morgan, seksowna, niezależna łowczyni nagród, która krąży wśród najgęstszych cieni śródmieścia Cincinnati w poszukiwaniu grasujących nocą przestępców, ma niełatwe życie.
I stało się. Zapowiadana od marca tego roku mash-upowa powieść, garściami czerpiąca ze startrekowego środowiska, trafiła w zeszłym miesiącu do amerykańskich księgarni. Tak jak inne przedstawicielki tego osobliwego gatunku, Night of the Living Trekkies łączy w sobie dwie konwencje, które w normalnych okolicznościach zapewne nie ujrzałyby świata dziennego - Star Trek oraz zombie. Autorem owej komediowej mieszanki jest Kevin David Anderson, wydana zaś została przez Quirk Books; wydawnictwu, które rozpowszechniło nurt mash-up dzięki Pride and Prejudice and Zombies.